Grossvenediger (Wysokie Taury, Alpy austriackie) – 3666 m npm zdobyty

Wielki Wenecjanin czyli Grossvenediger w Taurach Wysokich, czwarta najwyższa góra Austrii padła naszym łupem 17 maja 2026 roku o godzinie 13:20. Niemniej mieliśmy na uwadze, że dobrze przygotowana, trzydniowa akcja górska, w silnym składzie mogła się nie powieść, mając w pamięci zbyt zuchwałą próbę w lutym tego roku która na szczęście skończyła się tylko wycofem. A mogła skończyć się zwiększeniem statystyk w najtragiczniejszym sezonie statystyk śmierci w lawinach w Tyrolu. W lutym wycofaliśmy się lekko ponad Alter Prager hutte, na drodze wschodniej, po długiej, nocnej akcji torowania śniegu w trójce lawinowej. Wróciliśmy do domu z podkulonymi ogonami, przepracowaliśmy tę porażkę, wyciągnęliśmy błędy i podjęliśmy drugą próbę w bardziej sprzyjających warunkach.

Austria – kraj trzytysięczników

W lipcu 2020 po wejściu na Grossglockner, najwyższą góre Austrii napisałem „to było moje najambitniejsze dotychczasowe doświadczenie wysokogórskie.” Wiele się nauczyłem od tamtego czasu, zdobyłem wiele nowych trudnych szczytów, w międzyczasie nauczyłem się jeździć na nartach oraz sztuki skialpinizmu. Austrię poznałem z wycieczek skiturowych w Sztubajach, Alpach Otztalskich, pod Wildspitze oraz wspinaczki na Hollental, wycieczek ferratowych w Dachsteinie, aż przyszedł czas na kolejny ambitny projekt skiturowy.

Akcje zaplanowaliśmy na połowę maja, wyciągając optymalne wnioski co do terminu i planu na podstawie blogów, akcji górskich kolegów z instagrama oraz książeczki Narciarstwo wysokogórskie w Taurach Wysokich. Zdecydowaliśmy się tym razem na drogę od północnego zachodu z Neuekirchen am Grossvenediger przez Kürsingerhütte.

Dzień pierwszy – bardzo długie podejście poza limitem czasu

Po 11 godzinnej podróży z Warszawy i Gdyni (przesiadka w Piotrkowie Trybunalskim) nasza czwórka z przerwą na nocleg w winnej agroturystyce w Mikulovie dotarła do parkingu Hopfelboden o 14:00 w piątek. Nadchodził deszcz, a nasze tyłki z obawy przed hemoroidami po tak długim siedzeniu w aucie były bardzo chętne do zapitalania w górę. Ubraliśmy gore texy, narty na plecaki i ruszyliśmy w górę. Odcinek ten pokonalismy w 2:27 minut i dotarliśmy do kolejki Materialseilbahnstation, gdzie zaczął się śnieg. Foki powędrowały na ślizgi nart i zaczęliśmy akcję skiturową. Okazało się, że wyżej jest już 30 cm nowego kopnego śniegu, a szlak letni nie nadaje się do użytku, w przeciwieństwie do informacji sprzed 2 dni z samego źródła – zarządcy schroniska. Dwóch spotkanych skiturowców w tym miejscu zawróciło, ale nie my, nie rezygnujemy. Obraliśmy zatem chyżo właściwy szlak zimowy – skiturowy z mapy.cz (żółty) – prowadzący dookoła jeziora Gletschersee Oberschulbachtal. Następnie przy kończącym się świetle dziennym, w coraz silniejszym wietrze, przez 3 godziny nocne torowaliśmy drogę aż do schroniska Kürsingerhütte. Wymęczeni dotarliśmy do niego dokładnie o 24:00 świętując wejście do pierwszego pomieszczenia wolnego od wiatru, zimna i niebezpieczeństwa lawinowego haustami piwa wyciągniętym spod pazuchy przez adepta naszej sztuki skiturowej, Tymka.

Trasa dnia pierwszego – gpx. 17,2 km, 1587 m w górę, 152 m w dół, 8,5h roboty

Dzień drugi – pogoda typu „whiteout” czyli ćwiczenia lawinowe i lodowcowe

Schronisko Kürsingerhütte jest ogromne, komfortowe, stylowe i bardzo dobrze zarządzane. A co najważniejsze jest tanie. Nocleg w Matrazenlager czyli własnym 5 łóżkowym pokoju kosztował nas 15€ na osobę ze zniżką ubezpieczenia „Alpenverein”.

Przypomnę, że Alpenverein to austriackie stowarzyszenie alpejskie założone w 1862 roku, będące dziś największą organizacją górską w Austrii i zrzeszające ponad 700 tys. członków. Zajmuje się utrzymywaniem schronisk, znakowaniem szlaków, ochroną przyrody oraz popularyzacją turystyki i wspinaczki. Wykupienie ubezpieczenia w ramach członkostwa Alpenverein daje ochronę podczas aktywności górskich i podróży, obejmując przede wszystkim akcje ratunkowe, transport medyczny i podstawowe leczenie za granicą, a także zniżki na noclegi w schroniskach. Ja korzystam już od 2020 roku z tej formy ochrony.

Wyspaliśmy się, czillowaliśmy do 11 wiedząc, że pogoda za oknem nie rozpieszcza tylko smaga twarz śniegiem i wiatrem. Niestety, na naszych wycieczkach nie ma przestojów ani marnowania czasu, więc w porze obiadowej Michał zabrał nas na dawkę przypominającą szczepionki lawinowej. Szukaliśmy zakopanych plecaków z detektorami, sondowaliśmy i kopaliśmy śnieg, jednym słowem symulowaliśmy problem lawinowy. Zrobiliśmy też profil śniegowy na którym zobaczyliśmy warstwy śniegu i jamę. Po obiedzie skorzystaliśmy z wielkiej sali sportowej którą oferuję poddasze Kürsingerhütte. Ścianka wspinaczkowa posłużyła do ćwiczeń robienia flaszencuga. Każdy mógł sprawdzić się w budowaniu wyciągarki i zmęczyć ręce wyciągając kolegę z symulowanej szczeliny. Był też czas na drzemkę, chwilę mitrężenia czasu, zaś po zebraniu informacji od pracowników schroniska oraz przewodników, analizie pogody, mapy, sytuacji za oknem i naszych możliwości wyszliśmy na wieczorną wycieczkę. Jej celem było przetarcie szlaku w głębokim śniegu do początku lodowca, przez skalne zbocze prowadzące od schroniska. Zrobiliśmy to po 19, po kolacji, gdy ukazało się małe okno pogodowe. Misja zakończyła się sukcesem. Pozostało wygasić silniki na noc, spakować się na akcję górską i spróbować odpocząć przed dniem ataku szczytowego.

Dzień trzeci – atak szczytowy przez długi lodowiec, połamana narta i zjazd w puchu

Ten dzień zaczął się o 5:30 i skończył dla nas 24 godziny później, gdy po takim czasie większość z nas weszła do swoich łóżek 17,5km skiturowania dalej i 1200km jazdy autem dalej. O godzinie 6 stawiliśmy się przed schroniskiem z plecakami i nartami na nogach w liczbie 6. Nasza grupa urosła w ciągu nocy nie przez magiczne rozmnażanie, ale poprzez przekonanie 2 sympatycznych Austriaków na wspólną akcję górską – Jurgena i Daniela. Czekało nas aż 7 godzin torowania śniegu w pięknej pogodzie, (przewodniki mówią o pięciu), rotacyjnie zmienianego prowadzenia i przebijania jako pierwsi nowego śniegu aż do przełęczy Venediger Scharte.

Wspinaczka na Wielkiego Wenecjanina jest mniej wymagająca niż wejście na Grossglockner. Trasa nie prowadzi po ostrej, skalnej grani, więc nie trzeba mieć umiejętności wspinaczkowej asekuracji. Konieczne jest jednak sprawne poruszanie się po lodowcu oraz znajomość podstaw asekuracji lodowcowej. Mimo że nachylenie lodowca jest niewielkie i może sprawiać wrażenie łatwego, teren jest silnie poprzecinany szczelinami. Nam szczeliny nie doskwierały, gdyż dzień przed akcją szczytową dopadało 85 cm świeżego śniegu, co zakryło małe szczeliny, a te wielkie dalej były łatwe w ominięciu. Niemniej zachowaliśmy pełną ostrożność i w 6 osób rotacyjnie przeszliśmy go aż do przełęczy Venediger Scharte związani liną. Tam już z oznakami zmęczenia, po godzinie 12 wypięliśmy liny i każdy z osobna ruszył na szczyt. Wiało dość mocno, ale też świeciło silne słońce, którego promienie odbijane od śniegu kuły w oczy, pomimo czapek, kasków i okularów górskich. Michał jako pierwszy dobiegł na szczyt, wyprzedzając austriackiego ojca z synem, za nim Czarek oraz chwilę po nim Maciej. O 13:20 świętowaliśmy wspaniały moment na szczycie. Podziwialiśmy wielką panoramę, zachwycając się przestrzenią, dachem Austrii, wskazując w oddali na Grossglocknera, gdzieś tam majaczyły Dolomity i Ortler. Uwieńczyliśmy te chwile zdjęciami i filmami, a potem zjechaliśmy na nartach do asekurującego nas z przełęczy Tymka, który mądrze przeanalizował swoje siły i postanowił odpuścić szczytowi tym razem. Przy zjeździe nagle Maciej złamał nartę w nietypowy sposób, więc po naradzie postanowiliśmy poprosić o pomoc służby, które podjęły nieszczęśnika helikopterem. Pozostała trójka zjechała do jeziora, gdzie przejęła depozyt schowany za kamieniem i na resztkach sił, po 11 godzin akcji górskiej zdjęła narty przy stacji kolejki. Stamtąd do parkingu udaliśmy się taksówką, gdzie wsiedliśmy w auto, podjęliśmy Macieja w miasteczku, do którego zleciał helikopterem i ruszyliśmy w 11 godzinną, nocną podróż do Polski.

Trasa gpx: 11h, 17,5km, 1295 m w górę, 1919 w dół.

Dla kogo Grossvenediger?

Jeśli świetnie jeździsz na nartach, nie straszne Ci wiązanie się liną po nieznanym terenie lodowcowym w trudnych warunkach nawigacyjnych, masz bardzo dobrą kondycję i wiedzę o terenie wysokogórskim, zdobycie tego szczytu będzie w Twoim zasięgu. Przyda się też dobry skład, bo wiemy, żeby dojść daleko trzeba iść razem, a jakbyś chciał iść szybko to pójdziesz sam, jak mówi afrykańskie przysłowie. Odrobina szczęścia do pogody, dobre planowanie i logistyka, najlepszy sprzęt i sprawdzone ubrania i wtedy wejście narciarskie na Grossvenediger będzie świetną górską przygodą, bez zbędnego stawiania życia na szali i ryzykowania zdrowia. W naszym przypadku wyszło 3 dni roboty, 38 km, 3200 m w górę, 3800 m w dół, aczkolwiek liczby rzadko opisują trudność czy łatwość akcji, warto je podać dla pełnego obrazu projektu.

Zostaw odpowiedź