Ortler to majestatyczny szczyt Alp Retyckich, położony w północno-zachodniej części Włoch. Wznosi się na 3905 m n.p.m. i jest najwyższą górą Południowego Tyrolu, a jednocześnie jednym z najbardziej charakterystycznych punktów całych Alp Wschodnich. Dawniej uchodził za najwyższy szczyt Austro‑Węgier, dziś pozostaje ikoną włoskiej części Alp oraz jest celem ambitnych wypraw alpinistycznych. Ortler – Cevedale, wielki masyw skalno-śnieżno-lodowy dominuje nad okolicą – wyrasta ponad 2000 metrów ponad otaczające doliny Suldental i Val di Zebrú, tworząc potężną sylwetkę widoczną z wielu odległych szczytów.
Masyw Ortler był jednym z kluczowych frontów walk między wojskami Austrii i Włoch podczas I wojny światowej. Obie strony walczyły o kontrolę nad najwyższymi punktami granicznymi, a Austriacy szybko zajęli szczyty, których Włosi przez cztery lata próbowali ich pozbawić. W latach 90. odkryto dwa działa ukryte tuż pod wierzchołkiem – przez dziesięciolecia przykrywał je śnieg. Informację o znalezisku ujawniono dopiero w 2004 roku, przy okazji 200. rocznicy pierwszego wejścia na Ortler.
W lipcu 2025 wraz z kolegami zaplanowałem tygodniowy wyjazd alpinistyczny, którego celem było obejście szczytu, zdobycie kilku okolicznych wybitnych gór oraz próba ataku szczytowego na samego Ortlera. Założyliśmy sobie kilka dni na wędrowanie po alpejskich dolinach, zdobywanie szczytów, spanie w schroniskach górskich oraz przekraczanie lodowców i podziwianie terenu wysokogórskiego w zmiennej letniej pogodzie.
Podróż
Droga Warszawa – Sulden zajęła nam autem około 12h z przerwą na nocleg na pograniczu czesko-austriackim. Trzeba samochodem przejechać całą Austrię równoleżnikowo, ze wschodu na zachód przez Innsbruck, aż za Nauders i dolinę Vingschau. W bonusie zaliczyliśmy kąpiel w pięknym jeziorze Lago di Resia, znanym z zatopionej wieży kościoła XIV-wiecznej dzwonnicy kościoła św. Anny w starym centrum miasteczka Graun im Vinschgau. Ja opłynąłem wpław wieże, fajne uczucie po długiej podróży autem, a jeszcze lepsze po tygodniu bez prysznica na lodowcu w górach. Wyjechaliśmy z Wawy w piątek po 17, a w Sulden na pizzy w sennym nowoczesnym hotelu zameldowaliśmy się przy stole około 17 w sobotę. Zdecydowanie zasłużyliśmy na odpoczynek. Wieczorem zrobiliśmy przepak z auta i rozbiliśmy namiot w pięknej zielonej dolinie między skałami, potokiem a wielkimi górami w tle.
Dzień 1 wyprawy
Poranek zaskoczył nas deszczem w dolinie, więc zebraliśmy namioty, spakowaliśmy się na wyprawę, wiedząc że do auta wrócimy po tygodniu i złapaliśmy jeden odcinek gondoli, która nas wywiozła na 2500 m npm. Deszcz mocno zacinał przez kolejną godzinę, ale potem niebo się przejaśniło i w miarę w dobrych warunkach przeszliśmy przez Cima di Solda oraz pozostałości po okopach i transzejach w zboczu góry do winterraumu Guasti. To wilgotny, stary, lekko zniszczony schron zimowy, wybudowany powyżej wielkiego (zamkniętego) schroniska rifugio Casati. Cała okolica robiła lekko dreszczowe wrażenie – wielkie opuszczone, zabite dechami schroniska, żadnych turystów w okolicy, wysokie szczyty i my sami. Stopiliśmy śnieg by mieć wodę do gotowania i spędziliśmy wieczór kuląc się pod kocami w wilgotnych ścianach zakurzonego, zaniedbanego schronu.
Dzień 2 wyprawy
Jak to w lipcu w Alpach na takich wysokościach pogoda zmienia się co 15 minut. Cóż, trzeba było robić robotę. Wstaliśmy i wyszliśmy na lodowiec. Cel na ten dzień – wejść na szczyt Monte Cevedale 3769 m npm. Cała okolica tej góry lodu i skał podczas I wojny światowej okolice Ortlera były areną ciężkich starć między włoskimi Alpini a austriackimi Alpenjägerami. Walki toczono w ekstremalnych warunkach wysoko w górach, z użyciem artylerii i licznych zasadzek. W pobliżu schroniska Casati do dziś stoi armata wniesiona na ponad 3300 m. Mimo przewagi liczebnej Włosi nie zdołali przełamać twardej austriackiej obrony. My przeszlismy bezpiecznie lodowiec związani liną, nikt do nas nie strzelał z dział, ale ja zgubiłem kijek trekkingowy, zaś na szczyt dotarliśmy w bardzo złej pogodzie, co pokazują zdjęcia. Tyle starań a widoku ze szczytu żadnego. Cóż, satysfakcja wciąż pozostaje za doprowadzenie sprawy do końca. Po południu bezpiecznie zeszliśmy do schronu, zjedliśmy obiad i po 2 godzinach schodzenia zameldowaliśmy się na wieczór w przytulnym, czystym i obsługowym schronisku Pizzini. Wieczorem był czas na kolacje podaną przez gospodarza, prysznic, odpoczynek, czytanie książek i nieudane łapanie internetu przed schroniskiem.
Dzień 3 wyprawy
Zaczął się beztrosko – startem po wypoczęciu w schronisku, pięknym trekkingiem przez doliny do schroniska rifugio Quinto Alpini na przerwę obiadową i coca colę. Po południu zaczęła się zabawa – teren zrobił się bardzo wysokogórski z morenami bocznymi lodowca, piarżyskami i topniejącymi małymi lodowcami. Jak zawsze w takiej sytuacji pogoda się popsuła, po wkroczeniu na lodowiec właściwy nadeszły wielkie chmury, które przyniosły deszcz. A naszym zadaniem było przekroczenie lodowca Zebruferner, przez jego szczeliny do schronu Bivacco città di Cantù (Hochjochbiwak) położonego na 3535 m npm. Ten trawers dał nam w kość – uwiązani liną, w bardzo złej widoczności, w trudach nawigacyjnych po godzinie 20 dotarliśmy do schronu. To samoobsługowy schron, jeden z najwyżej położonych w Alpach Wschodnich, w Parku Narodowym Stelvio. Nowoczesna konstrukcja, bardzo komfortowa, została zbudowana w 2015 przez Club Alpino Italiano w miejscu starego metalowego schronu, który z kolei zastąpił zniszczone schronisko podczas Pierwszej Wojny Światowej. Pogoda tego wieczoru była bardzo zła, mocno wiało, a my zmęczeni ledwo daliśmy radę zrobić sobie kolację i pójść spać.
Dzień 4 wyprawy
Nie ma złej pogody, są tylko miękcy alpiniści i słaba wola. Łatwo tak rzec z wygodnego fotela i komputera w domu 1500km dalej. Ale jak jesteś w akcji, ciężko się czasem zmusić na wyjście poza schron jak wieje i jest zimno i nic nie widać. No ale jakiś szczyt trzeba było zdobyć na tej wyrypie. Udało nam się w miarę bezpiecznie zdobyć Monte Zebru 3735 m npm, na które prowadziło śnieżne podejście do przełęczy, sypka skała grani szczytowej, którą przeszliśmy w kiepskiej widoczności i wietrznych warunkach. Dobrze że znowu niewiele było widać, bo kręciłoby się w głowie! Jeden zły ruch i lot do doliny gwarantowany. Szczyt udało się zdobyć bezpiecznie, jak i wrócić przez lodowiec do schroniska Quinto Alpini. Tam podjeliśmy decyzję o zejście na noc do Bormio, długą doliną, by odpocząć w mieście od skał, lodu i wiatru. Po długim trekkingu i autostopie udało się spędzić wieczór w sympatycznym Bormio o górskim klimacie. Pogoda na dole była letnia, zadokowaliśmy się hotelu Daniela, a wieczór spędziliśmy zajadając się pyszną pizzą i łażąc po pięknej, kamienistej starówce. Polecam bezdyskusyjnie Pizzeria Umami. Mekka dla głodnych kolarzy przed Stelvio pass i dla zdziczałych alpinistów przed Ortlerem!
Dzień 5 wyprawy
Wygodnie się śpi w hotelu z prysznicem, ale szczyt nie poczeka, przecież stoi tu już miliard lat! Słoneczny letni poranek przywitał nas na starówce w Bormio, gdzie po uzupełnieniu zapasów w supermarkecie wyszliśmy łapać stopa na słynną przełęcz Stelvio. To było interesujące doświadczenie, na które zaprosił nas sympatyczny Giuseppe, młody Włoch z Bolzano. Dzięki niemu przejechaliśmy przełęcz austostopem, bo jak to często bywa, o autobus ciężko. W upalny dzień, zmęczeni kręceniem kółkami po długiej przełęczy, która jest mekką kolarzy z całej Europy dotarliśmy do Trafoi – Stilfs, gdzie zaczęliśmy popołudniowy trekking do schroniska Payerhutte.
Przy reportażu z wyprawy na masyw Ortlera warto wspomnieć nazwisko Juliusa von Payera (1841–1915), który był austriackim oficerem, kartografem, alpinistą i polarnikiem, najbardziej znanym z udziału w austro‑węgierskiej wyprawie polarnej, podczas której odkryto Ziemię Franciszka Józefa. W młodości służył w armii i brał udział w bitwach pod Solferino i Custozą, jednocześnie rozwijając pasję do eksploracji Alp, gdzie dokonał ponad 60 pierwszych wejść. W latach 1865–1868 szczegółowo zbadał Alpy Ortlera, tworząc dokładne mapy i wytyczając nowe drogi wspinaczkowe. Po wyprawach polarnych, mimo kontrowersji wokół ich wyników, został nobilitowany i zwrócił się ku sztuce, studiując malarstwo i prowadząc szkołę w Wiedniu. Zmarł w 1915 roku, a jego imieniem nazwano m.in. schronisko Payerhutte, wyspy i pasma górskie w Arktyce.
Z przystankiem w stromym lesie u haziajki rifugio Borletti na okropną zupę, (bardzo nie polecamy stołować się tam) wyposażeni w wiedzę od pani co do tras wejścia, z lekkim udarem słonecznym koło 18, dotarliśmy do schroniska Payerhutte położonego na wysokości 3029 m npm. Schronisko było pełne włoskich i szwajcarskich wspinaczy, zajadających się schabowymi, popijając piwsko i szykując się na poranny wymarsz na słynny Ortler w towarzystwie przewodników. Po odprawie z kolegami zdecydowaliśmy, że tylko jeden z nas jest na siłach by rano wyruszyć na atak szczytowy, niestety padło na mnie w ciągnieciu patyczków ;-). Wyposażony w przeróżne eliksiry wiedzmińskie, kanapki i batony, poszedłem z bólem głowy spać o 22, z nastawionym budzikiem na 4 rano.
Dzień 6 wyprawy
Stojący w przedsionku schroniska o 5 rano, jako ostatni wyszedłem ze schroniska. Przetrawersowałem kilka progów skalnych, przy wschodzie słońca dogoniłem Czechów, wspiąłem się na kilka skał o wycenie III w wspinaczce i po 2km od schroniska odpuściłem. Zajęło mi to jakieś dwie i pół godziny. Teren był dla mnie zbyt trudny – nawigacyjnie oraz technicznie. Wszystko się sypało, wszędzie lufa, brak asekuracji, a moja psychika już była zmęczona. Zawróciłem 300 m przed początkiem lodowca, poniżej schronu awaryjnego bivacco Lombardi. A szkoda, było tak blisko, no cóż, trzeba mierzyć siły na zamiary, jak to mówią. Wróciłem do kumpli do schroniska i po zluzowaniu adrenaliny zeszliśmy do doliny przez Tabarettahutte do Sulden. Nasza wycieczka się kończyła, trzeba było wsiadać w auto i gnać do Warszawy, 12h przez noc…
Podsumowanie
Przeszliśmy 58 km w ciągu 6 dni trawersu Masywu Ortlera, mająć w nogach 5057 metrów podejścia oraz 5578 metrów w dół. Zdobyliśmy trzy szczyty: Cima Solda 3376 m npm, Monte Cevedale 3769 m npm, Monte Zebru 3735 m npm oraz ja sam wszedłem prawie na Ortler 3905 m npm. Spaliśmy w paskudnym winterraumie Gausti, wygodnym i pełnym adrenaliny bivacco Cantu na 3500, komfortowych schroniskach Pizzini i Payer, ale też hotelu w Bormio i w namiocie. Na naszą codzienność składało się skakanie przez szczeliny na lodowcu, długie wędrowanie dolinami w górę i dół, gotowanie wody w jetboilu, planowanie trasy i zdobywanie szczytów we mgle. Podczas wycieczki rozwarstwiła mi się podeszwa w bucie La sportiva Nepal Evo, zgubiłem dwa kijki trekkingowe, z czego jeden odzyskałem na lodowcu. Wyprawa na Ortler z mojego punktu widzenia była wymagająca kondycyjnie i nawigacyjnie, zdecydowanie dla alpinistów z solidną umiejętnością poruszania się po lodowcach z dala od cywilizacji, o dużej sile i motywacji napierania do przodu. Szkoda tylko, że nie udała się wisienka na torcie, ale jak to mówią, z porażek człowiek uczy się więcej niż z sukcesów, a dobry alpinista to żywy alpinista! Następnym razem trzeba zabrać narty ze sobą, ponieważ okolica to świetny cel na kilka dni na skiturach.



























































