Dufourspitze 4634 i Dom de Mischabel 4545 – grejt sakces!

Dufourspitze to najwyższy szczyt Szwajcarii (4634 m), należący do Korony Europy. Najwyższy punkt masywu Monte Rosy i całej Szwajcarii, będący drugim pod względem wysokości samodzielnym szczytem Alp po Mont Blanc, a także Europy, jeśli nie zalicza się do niej Kaukazu. Prowadzi na niego wymagająca, mikstowa droga z lodowcem, od północy ze schroniska Monte Rosa Hutte położonego na wysokości 2795 m, na płycie skalnej, powyżej lodowca Grenzgletscher. Panorama tych okolic to zapierająca dech w piersiach przestrzeń najwybitniejszych szczytów Europy, potężnych lodowców, nigdzie indziej w takiej ilości i majestacie niespotykanych w Europie. Określenie „szczyt Dufoura” upamiętnia Guillaume’a Henriego Dufoura, szwajcarskiego generała i twórcę map. Szwajcarzy tak upamiętnili człowieka, który w XIX wieku zasłużył się dla jedności terytorialnej kraju. Był to generał, inżynier budowy mostów oraz kartograf który stworzył pierwszą mapę topograficzną Szwajcarii.

Moja pierwsza próba wejścia na ten szczyt odbyła się w lipcu 2023 roku, w 6 osobowej wesołej ekipie z Marcinem, Sandrą, Jackiem, Łukaszem i Michałem. Niestety po nocy w najwyższym schronisku w Europie, Capanna Margerita nie udało nam się nawet podjąć próby ataku szczytowego ze względów zdrowotnych i pogodowych. Obeszliśmy się wtedy smakiem a ja odłożyłem ten projekt na kilka lat na półkę. Opisuje tamten wyjazd alpinistyczny w szczególe w tym wpisie. Trzy lata później, w tym roku z Michałem zaplanowaliśmy tydzień w Szwajcarii w dolinie Matter, w okolicach Zermatt. Nasz plan zakładał taktyczną aklimatyzacje na łatwiejszym, ale wcale nie niskim Dom oraz atak szczytowy na Dufoura. Na to przeznaczyliśmy sobie siedem dni w Szwajcarii.

Na pierwszy ogień – aklimatyzacja na Dom de Mischabel – 4545 m npm

Po locie Wawa-Zurych, przyjeździe pociągami i autostopem alpinistyczny tydzień w kraju najwyższych europejskich szczytów zaczęliśmy od startu w miejscowości Randa. Pierwszego, sobotniego popołudnia doszliśmy do najdłuższego podwieszanego mostu w Europie o nazwie „Europabrucke” czyli most Europy. W spektakularny sposób przecina on dolinę ponad koronami drzew. Idzie się nim około 8 minut, ma ponad 500 metrów, nie polecam się rozglądać w dół! Robi wrażenie. W okolicach mostu, w pięknym lesie spaliśmy w biwaku pierwszej nocy, mając za sobą krótki trekking, i zdobycie kilkuset metrów przewyższenia.

Drugi dzień to wspinaczka prostą ferratą, poprowadzoną mocno w pionie przez skały, na szczycie których znajduje się urocze schronisko Domhutte. W porze obiadowej odpoczęliśmy sobie przy nim, gawędząc o życiu i przygodach górskich, przeczekawszy mały deszczyk. Po południu ruszyliśmy ku morenie lodowca, który rozpadając się przez lato doprowadził nas do skalnej przełęczy Festijoch. Jest to prawdopodobnie najtrudniejsze miejsce na drodze na Dom. To sypiąca się skała, bardzo krucha, o wysokości około 200 metrów. Przez przełęcz wiedzie kilka prostych dróg wspinaczkowych, co kilka metrów są ringi, w które się wpięliśmy. Bez liny i asekuracji wspinaczka może skończyć się śmiertelnym wypadkiem. Po 18 dotarliśmy do przełęczy gdzie postanowiliśmy zostać na noc. Rozbiliśmy namiot, stopiliśmy dużo śniegu na kolacje i dzień następny, naprawiliśmy podeszwę w moim bucie i zachwycaliśmy się życiem. Obserwowaliśmy piękne golden hour z widokiem na Weisshorn i Matterhorn po drugiej stronie gór czillując na wysokości 3700 m npm.

Poniedziałek przywitał nas pobudką o 5 rano w wietrznym namiocie. Świtało, więc trzeba było zwijać manatki i atakować szczyt. Pierwsze ekipy w czołówkach nadciągały z dołu, ze schroniska. Spakowaliśmy plecaki, związaliśmy się liną i ruszyliśmy na lodowiec. Powoli, wolnymi krokami zdobywaliśmy wysokość. Momentami wiał silny wiatr, obchodziliśmy szczeliny przez mosty śnieżne. Czuliśmy się bezpiecznie ze względu na stabilną pogodę, jeszcze dobry śnieg po zimie oraz dużą ilość innych alpinistów dookoła. Mozolnie docieraliśmy do kopuły szczytowej. Udało się wejść, po kilku momentach z zadyszką, około 10 rano byliśmy na najwyższym szczycie położonym w całości w Szwajcarii – Dom de Mischabel! Jak zwykle kilka zdjęć i najtrudniejsze przed nami – bezpiecznie zejść. A jak zawsze wycieczka dopiero później pokaże, że trzyma. Z szczytu i lodowca zbiegliśmy szybko, ale złapał nas problem na przełęczy. Tym razem wybraliśmy zły wariant zejścia i podczas zjazdu na linie ja utknąłem na półce. Myśleliśmy że sytuacja jest bez wyjścia – zabrakło 2 metry liny do końca zjazdu. Niestety musiałem wspinać się w górę, by obejść problem i zjechać gdzie indziej. Alternatywą był telefon po helikopter… Zmarnowaliśmy w ten sposób trochę czasu i cennej energii, ale do schroniska udało się dojść tuż przed burzą. Zmęczenie dało się we znaki, a trzeba było jeszcze przejść ferratę w dół, i za mostem Europy rozbić się w pięknym lesie na biwak. Zadowoleni, bezpieczni i najedzeni zasnęliśmy w pięknym lasku świerkowym o zapachu polskiego morza i żywicy z widokiem na Alpy.

Wtorek to był odpoczynkowy dzień, w którym zeszliśmy z gór, aby pociągiem pojechać z Randa do Zermatt. Tam zrobiliśmy uzupełnienie zapasów w najbliższych sklepie, zjedliśmy sałatkę na obiad popitą piwem i ruszyliśmy kolejką Gornegrat do Roteboden. Przejazd tą kolejką górską jest wart swojej ceny. Pociąg pnie się powoli zakrętami pod górę z widokiem na dachy uroczego Zermatt i Matterhorn. Gały nam dosłownie wypadały z podekscytowania. Robiliśmy zdjęcia latając od okna do okna. Po południu po odpoczynku nad jeziorkami podjęliśmy decyzje jak najlepiej rozplanować atak na Dufoura. Po długich negocjacjach na wieczór zdecydowaliśmy iść dalej przez lodowiec, by spać w biwaku przy Gornersee. Była to świetna decyzja. Lodowiec z tego punktu z widokiem na Matterhorn robi piorunujące wrażenie. Spanie w tej okolicy, mając wodospad i jezioro polodowcowe koło siebie i wielki zakręcający lodowiec zapamiętam na wiele lat. Wieczór był spokojny – dobry posiłek z zapasów własnych, dobry towarzysz, dobra pogoda i nastroje na zdobycze górskie kolejnych dni sprawiły, że wyspaliśmy się świetnie.

Monte Rosa – potężne lodowce i najwyższe szczyty Europy – atak na Dufourspitze 4634 m npm

W środę po spakowaniu bagażu w ciągu godziny dotarliśmy do schroniska Monte Rosa Hutte. To nowoczesny, przestronny, futurystyczny budynek oddany do użytku w 2016 roku. Miła obsługa i widoki z wielkich okien sprawiły, że poczuliśmy trochę komfortu przed trudami dnia następnego. Spędziliśmy dużo czasu jedząc, odpoczywając od słońca i deszczu, czytając książki górskie o historii alpinizmu w tym regionie. Po południu podjęliśmy plecaki, by w ciągu 2 godzin podejść na wysokość 3300 m npm i zwiększyć nasze szanse na zdobycie szczytu dnia następnego. W wygodnym miejscu między skałami rozbiliśmy obóz już o 18, idealnie by przeczekać szybki letni deszcz. Trzeba było iść wcześnie spać, by następnego dnia zachować siły na długi i wymagający dzień.

Ten dzień zaczął się o 5 rano. Wykaraskaliśmy się jeszcze w ciemności z namiotu, założyliśmy ubrania i oszpeiliśmy się na początku lodowca. Po krótkiej rozmowie na czole lodowca do naszej liny dołączył Mateusz, którego partner musiał wracać na dół i tak we 3 pokonaliśmy w szybkim tempie lodowiec do pierwszej grani. Inne zespoły były przed nami, dzielnie asekurując się między skałami. Zajęło nam około 2 godzin wspinaczkowego mozołu kluczenia między skałami z widokiem na najwyższe partie Alp w Europie, zanim dotarliśmy do punktu kulminacyjnego – Punta Dufoura. Lekko spięci upływającym czasem i czekającymi trudnościami w zejściu po szybkiej sesji zdjęciowej przy wielkim krzyżu zeszliśmy w dół granią asekurując się nawzajem. Na lodowcu złapała nas solidna burza, z gradem. Byliśmy tak umęczeni, że nie robiło to nam już różnicy. Z przerwą na spakowanie namiotu i piwo w schronisku zeszliśmy do miejsca biwaku nad jeziorem Gornersee. Wreszcie można było odpocząć w pięknym zachodzie słońca w satysfakcji z bezpiecznego powrotu z drugiej najwyższej góry Europy.

Piątek to był dzień zejścia z gór przez lodowiec. Różne ekipy, w tym wiele z Polski schodziły ze schroniska i w dobrych humorach rozmawialiśmy o przygodach górskich. Pogoda dopisywała i przy pomocy kolejki zjechaliśmy do Zermatt. Szarpnęliśmy się na dobry kebab i coca colę. Przy pomocy auta i samolotu wróciliśmy do Polski dumni z sukcesów górskich w Szwajcarii.

Podsumowanie

Wejście na Dufourspitze (4634 m) z Monte Rosa Hütte normalną drogą nie jest ekstremalnie trudne technicznie, ale jest bardzo wymagającą wycieczką wysokogórską. SAC klasyfikuje ją obecnie jako AD− / ZS−, z około 1750 m przewyższenia i 7–8 godzinami samego podejścia. Cały dzień schronisko – szczyt – schronisko to zwykle około 10–12 godzin. Niektórym ekipom zajmuje to nawet 16 godzin. Największe trudnościami jest duża różnica wysokości, wysokość i aklimatyzacja, długi lodowiec i szczeliny oraz przede wszystkim końcowa grań zachodnia. To najbardziej techniczny fragment wejścia. Grań jest eksponowana, miejscami mieszana – śnieg, lód i skała – i wymaga pewnego poruszania się w rakach oraz podstawowych umiejętności wspinaczkowych. Trudność samego terenu nie jest ogromna, ale na wysokości ponad 4500 m i po długim podejściu odczuwalna trudność znacząco rośnie. Pamiętajmy też o dużej cyrkulacji wody – parowaniu lodowca który tworzy chmury i burze w lecie. Warto przed atakiem na tę górę podjąć akcję aklimatyzacyjną np. właśnie na Dom lub Breithornie, jak robi wiele zespołów górskich. Nam się udało bezpiecznie oba szczyty zdobyć, aczkolwiek wiele lat podnosiliśmy swój poziom sportowy i alpinistyczny z Michałem i zgrywaliśmy się jako zespół. Dufour w liczbach: 28,6km, 2783 m w górę i 2515 m w dół. Dom: 26km, 3452 m w górę i 3616 m w dół.

Jedna uwaga do wpisu “Dufourspitze 4634 i Dom de Mischabel 4545 – grejt sakces!

Zostaw odpowiedź