Skiturowy trawers gór Dovrefjell-Sunndalsfjella – Norwegia

Celem mojej 17 górskiej wizyty w kraju trolli był skiturowy trawers gór Dovre, szerzej znanych jako park narodowy Dovrefjell-Sunndalsfjella, położony między Trondheim, Sunndal oraz Dombas – w środkowej Norwegii. Z uwagi na dość płaski charakter gór postanowiłem z kolegą Michałem przemierzyć góry od wschodu przez najwyższy szczyt Snohetta o wysokości 2286 m npm, następnie przez doliny i ciekawsze szczyty ku północy, by zakończyć wyprawę pod wsią Lonset (Oppdal). Jesteśmy skiturowcami, więc sensem naszych wypraw są ciekawe podejścia, piękne krajobrazy oraz interesujące linie zjazdu, które tu też udało się znaleźć, przy odrobinie kreatywności z racji na, nie aż tak satysfakcjonującą ilość pokrywy śnieżnej na początku marca 2026 roku.

Góry Dovrefjell-Sunndalsfjella – epoka lodowcowa i piżmowoły

Góry Dovre to jeden z kilkunastu wielkich parków narodowych w Norwegii. Krajobraz Dovrefjell i Sunndalsfjella ukształtowały kolejne epoki lodowcowe. Gdy lód osiągał odpowiednią grubość, powoli spływał z wyższych partii, ścierając podłoże – w ciągu miliona lat nawet o kilometr. Najsilniej przekształcał doliny, gdzie był najgrubszy i najszybszy, a najmniej – najwyższe partie gór, w których pozostawał zamarznięty. Najbardziej strome formy terenu występują w zachodniej części regionu. W zachodnich rejonach i wokół masywu Snøhetta dominują ostre grzbiety opadające do osłoniętych, zalesionych dolin. Im dalej na wschód, tym teren staje się łagodniejszy, choć różnice wysokości nadal są duże. Sam park narodowy leży niemal w całości powyżej górnej granicy lasu. Góry te są jedynym w Europie domem dla piżmowołów. Pierwsze osobniki sprowadzono w 1930 roku, lecz wyginęły po dekadzie. Kolejna introdukcja w 1950 okazała się trwała. W 1978 żyło tu 35 sztuk, a dziś populacja liczy około 50.

Trawers gór Dovrefjell-Sunndalsfjella

Naszą wyprawę zaczęliśmy w Kongsvoll, do którego bez problemu można dojechać pociągiem z Oslo lub Trondheim. Jest to dogodne miejsce na start i wejście w góry, ku zachodowi. Pierwszy dzień to łagodne, ale długie podejście do schroniska samoobsługowego DNT Reinheim. Zajęło to nam około czterech i pół godziny, przewyższenia było 435 m w górę i w dół 72 m na 14,8 km. Teren był bardzo prosty, nietechniczny, trekkingowy, bezpieczny. Noc spędziliśmy w bardzo przytulnym schronisku przychodząc na gotowe – piec był rozpalony, a woda ze śniegu ugotowana – to pierwszy i ostatni raz gdy na tej wyprawie mieliśmy liczyć na czyjąś pomoc. Kilku norweskich turystów tego piątkowego wieczoru relaksowało się obok nas w schronisku. Wyspałem się za wszystkie czasy!

Drugiego dnia założyliśmy sobie wejście na Snohette, najwyższy szczyt gór, podejście było porównywalne do wejścia na Wołowiec w Tatrach, zaś widoki nieziemskie, w promieniu 40-60 km można było zobaczyć góry Rondane, Jotunheimen, zachodnie fiordy i góry Breheimen. Szczyt okupowany jest przez ogromną instalację radiotelegraficzną, którą widać z wielu kilometrów. Niestety obraliśmy nie do końca najlepszą linię zjazdu, od połowy musieliśmy nieść narty przez jakąś godzinę pod wielkich piargach. Dalej zjechaliśmy przy golden hour do Amotdalshytta – kolejnego schroniska, gdzie sami spędziliśmy dwie noce. Jak to w schroniskach norweskich – pełne wyposażenie jak w domu, ale wodę trzeba stopić ze śniegu w zimie, a w piecu napalić drewnem. Tak też nam minął wieczór na pracy jak ludzie 200 lat temu w domu, dbaniu o ogień, gotowaniu, oraz gawędzeniu przy trzasku palnego drewna przy kominku w wielkiej ciszy wielkich gór.

Tego dnia zrobiliśmy 14,3km, 1005 m w góre, 1049 m w dół w 6:44.

Trzeci dzień to był rasowy dzień na lekko. Piękny skiturowy dzień. Wybraliśmy się na oko, na szczyty które widzieliśmy z okna schroniska, które rokowały na dobre turowanie i zjazdy w śniegu. Nie myliliśmy się. Nasza intuicja doświadczonych poszukiwaczy śniegu pozwoliła nam zrobić około 6 zjazdów i 6 przepinek w pięknym słońcu. Ubawiliśmy się po pachy przy świetnych zjazdach, robiąc dobre zdjęcia i ciesząc się życiem. Na koniec trzeba było przełyżwować zalodzone jezioro do chaty, jakieś 2,5km, co niektórym dało popalić. Kolejny wieczór czillowaliśmy z dala od cywilizacji, Internetu, sytemu monetarnego i wiadomości w przytulnej chacie słuchając podcastów o wyprawach polarnych Amundsena. Piękne życie! Skiturowaliśmy 5,5 godziny, 939 m pod górę, 953 m w dół – 16,4km.

Czwarty dzień to trawers „na szagę” czyli w linii prostej przez góre Grahoin do kolejnej chatki DNT, tym razem bardzo malutkiej Loennechenbua. Nazwaliśmy ją chatką Hobbita, a była to kamienna wędkarska chata z 1923 roku! Wiatr był mocny, wzmagał poczucie zimna jak na wielkim arktycznym płaskowyżu. Robota tego dnia poszła nam szybko, większość zapasów jedzeniowych zjedliśmy już, więc szło się lżej. Do chałupki weseli dotarliśmy bardzo wcześnie, koło 13. Napaliliśmy tradycyjnie w piecu, czillowaliśmy, słuchaliśmy podcastu o wyprawie Lewisa i Clarka o odkrywaniu Ameryki.

Liczby: 12km, w 3,2 godziny, 640 m w górę i 592 m w dół.

Piąty dzień, to długi trawers, bo 22,2km przez doliny do schroniska Dindalshytta. Poszedł nam sprawnie, a mieliśmy wiatr w plecy oraz firnowy śnieg. Z dwoma przerwami, kilkoma przepinkami o 14:15 dotarliśmy do pięknej wielkiej chaty już w linii drzew. Pierwsza zieleń od kilku dni. Zajęło to nam 5,2 godziny, 539 m w górę i 1042 m w dół. Odpoczywaliśmy w ciepełku w pięknym domu z bali, gotując, dbając o ogień, czytając książki, ciesząc się ostatnim dniem w dziczy, z dala od ułatwień nowoczesnego życia. Piękne gwiazdy i wielka cisza bezkresnych gór i ośnieżonych szczytów dookoła i bardzo długich polodowcowych dolin ułatwiły ten proces.

Szóstego dnia o 7 rano zjechaliśmy 5km do szosy, gdzie złapaliśmy autobus do Oppdal. Pierwszy sklep i ludzie od kilku dni. Tam wsiedliśmy w pociąg do Oslo Gardemoen – lotnisko i samolotem do Gdańska wróciliśmy do Polski.

Podsumowanie

Niezależny trawers skandynawskich płaskowyżów to bardzo przyjemne, lekko wymagające doświadczenie górskie. Niestety nie ma zbyt wiele wspólnego z jednodniowymi wycieczkami w Tatrach. Odległości tu są potężne, a najbliższe osady ludzkie są oddalone od dzień-dwa dni solidnego marszu/narciarstwa. W związku z tym zaleca się przygotowanie do takiej wyprawy poprzez dłuższą ekspozycję na zimno i wiatr, samodzielność w obsłudze schronisk, wzięcia ze sobą jak najmniej zawodnego sprzętu najwyższej jakości – gore tex pro, dobry puch i wełna merino, podejmowania dobrych decyzji oraz zarządzania paliwem czyli pożywieniem, dzięki któremu mamy siłę napierać dalej. Ostatecznie wyszło nam 85km, 4500 m w górę i 5000 w dół na 5 dni, z krótkim zjazdem dnia szóstego. Spędziliśmy 5 nocy w górach, w 4 różnych schroniskach samoobsługowych DNT. Odcięliśmy się od cywilizacji na kilka dni, a to bardzo dobrze uregulowało nasze systemy nerwowe – wróciliśmy bardzo wypoczęci, szczęśliwi i zaspokojeni górsko.

Jedna uwaga do wpisu “Skiturowy trawers gór Dovrefjell-Sunndalsfjella – Norwegia

  1. jestem bardzo zaintrygowany twoimi podróżami! niesamowity z ciebie człowiek. Może wspólna wyprawa?

Zostaw odpowiedź