Na perskim dywanie – reportaż z Iranu – część pierwsza

irańskie dziewczyny

Marzyłem o arabskich nocach. Marzyłem o perskich wieczorach. Moją wyobraźnie rozpalały romantyczne opowieści o Bliskim Wschodzie zachodnich pisarzy. Moje orientalno-kolonialne wyobrażenia na ziemię sprowadzał Edward Said. Moje obawy potęgowały obrazy wojny w Iraku i Afganistanie. Moją wiedzę poszerzały reportaże o wojnie, śmierci i życiu nad Tygrysem, Eufratem, w Hindukuszu, w imperium Aleksandra Wielkiego. Moje stereotypy obalały rozmowy z podróżnikami. Mój charakter kształtowały samotne podróże po Kaukazie, Turcji i Izraelu. Moją ciekawość rozbudzało świetne kino irańskie. Moją odwagę kusił wyjazd reporterski do Iranu który sam postanowiłem zorganizować z kilkoma znajomymi. Ileż pięknych historii bierze się z marzeń…

Projekt „Na perskim dywanie”

Na przełomie 2013 i 2014 roku w samym środku zimy, przez ponad trzy tygodnie poznawałem Islamską Republikę Iranu. Jako ambitny i międzykulturowo zaangażowany absolwent studiów międzynarodowych postanowiłem nie czekać na zaproszenie i wziąć sprawy w swoje ręce. Z Mateuszem, organizatorem wymian i projektów studenckich oraz Kasią, absolwentką iranistyki oraz pasjonatką kultury tego kraju połączyliśmy siły. Stworzyliśmy bloga (inne czasy estetyki blogerskiej co?), rozesłaliśmy wici i pozyskaliśmy kilka grantów (dzięki Uniwersytet Jagielloński!), złożyliśmy wnioski o wizę, usiedliśmy i zaplanowaliśmy cele projektu i jego wykonanie. Planem było objechanie kraju, poznanie jego kultury, przeprowadzenie kilku wywiadów w formie video oraz zebranie treści na reportaż. Po powrocie mieliśmy jeździć po Polsce i prezentować wnioski z naszych obserwacji i podróży.

Naszym głównym celem było pokazanie naszym bliskim, że Irańczycy pomimo stronniczej i agresywnej amerykańskiej propagandy to wspaniali ludzie.

Ambitni byliśmy!

A jak wyszło? Chyba całkiem sprawnie.

W ciągu ponad trzech tygodni przejechaliśmy kawał Bliskiego Wschodu. Dolecieliśmy lotem do Kutaisi w środkowej Gruzji, skąd rozpoczęliśmy naszą marszrutę. Przez Gori, Tbilisi dojechaliśmy do stolicy Armenii, Erewania. Następnie autostopem przez górzystą Armenię dotarliśmy do granicy ormiańsko-irańskiej w Norduz. Tam rozpoczęliśmy właściwą podróż (niezły dojazd nie?). Przez Tabriz, Teheran, Mashhad, Tabas, Kerman, Bandar-e Abbas objechaliśmy Iran aż do Zatoki Perskiej. Zwiedziliśmy też wyspę Qeshm, skąd zaczęliśmy wracać przez Shiraz i Esfahan do Teheranu. Ze stolicy autobusem przez wschodnią Turcję powróciliśmy do Tbilisi i Kutaisi, skąd wróciliśmy samolotem do Warszawy. Kawał drogi, ale jak człowiek młody i głowa pełna ciekawości świata, to niejeden dyskomfort zniesie.

Tabriz

Przyjechaliśmy i zaraz chcieliśmy wyjeżdżać dalej.

Planując spędzić w tym mieście dwa dni, po przejściu relatywnie niewielkiego bazaru, posileniu się i nieudanych próbach ustawienia spotkania z osobami z couchsurfingu postanowiliśmy wyjechać z tego mroźnego miasta. Przy asyście brygady nastoletnich żołnierzy, kilku przechodniów, właściciela hotelu, naszego kolegi Andrzeja który właśnie dojeżdżał do Teheranu, pasażerów taksówki oraz Kasi udało nam się zidentyfikować możliwości wyjazdu z miasta. Udaliśmy się na dworzec kolejowy z celem złapania pociągu do Teheranu. Na nasze nieszczęście z powodu trudnych warunków pogodowych samoloty z Tabrizu do Teheranu zostały odwołane, więc wszyscy podróżni musieli albo jechać autobusem albo pociągiem do stolicy oddalonej o 625 km. Obstawienie rozpoczęcia przygody z tą podróżą rozpoczęliśmy od punktu informacyjnego. Pani poinformowała nas, że nie ma już biletów, ale nie powinniśmy z tego powodu oddalać się od stacji kolejowej. Po chwili zaprowadzono nas do kierownika stacji kolejowej, który podobno coś obiecał, później zgarnęli nas policjanci celem sprawdzenia naszych paszportów, następnie tajny policjant, który po minucie rozmowy wymienił się z nami namiarami na fejsie, zaś później pomocny pan, z którym Czarek uciął sobie pogawędkę po rosyjsku zaoferował nieoficjalny kurs wymiany euro na riale. Po 45 minutach prób odwrócenia naszej uwagi, gdy już prawie chcieliśmy jechać na dworzec autobusowy, przy ostatniej próbie wejścia do strefy odjazdu pociągów udało nam się spotkać z kierownikiem pociągu. W ten sposób zostaliśmy ulokowani w wagonie restauracyjnym, w którym mieliśmy spędzić najbliższe 15 h, przemierzając tylko 625 km w cenie 25 zł za łebka. Kierownik przedziału na wstępie wykrzyczał do nas „Poland beautiful country, very good country”, zapytał o imiona (które od razu zapamiętał) i zadbał o komfort naszej podróży. Od teraz staliśmy się Myster Sizar i Myster Matt. Tego wieczoru byliśmy obiektem atrakcji wszystkich innych podróżnych, będąc pytanym o „dodanie się” na fejsbuku już po 3 minutach. W bardzo niewygodnych warunkach, ponieważ śpiąc na siedząco przy stoliku restauracyjnym o 12 dnia następnego dojechaliśmy do stolicy Islamskiej Republiki Iranu.

meczet

Stołeczne miasto Teheran i jego młodzież

W knajpach północnego Teheranu zrozumieliśmy, że dorastająca młodzież pod każdą szerokością geograficzną ma te same potrzeby. Szuka akceptacji, chce imponować ciuszkami, jest bardzo ciekawa świat, poznaje ludzi i nie ma uprzedzeń, jest naiwna i otwarta na nowe doświadczenia. A śmiechom i chichom nie było końca przy przełamywaniu różnic międzykulturowych podczas zapoznawania się w knajpach.

Do Iranu wybraliśmy się nie po to, aby zwiedzać galerie i muzea (których de facto nie ma za dużo), ale aby poznawać ludzi o tak odrębnej kulturze od naszej. Kilka dni wędrowaliśmy po Teheranie, co krok spotykając jakiegoś młodzieńca, sprzedawce czy żołnierza, z którym się szybko zaprzyjaźnialiśmy. Poznawaliśmy też piękne dziewczyny w bardzo stylowych kawiarenkach. Ucięliśmy sobie kilka pogawędek, dziewczyny ponarzekały jak to Iran nie jest krajem dla młodych ludzi, w którym nie ma wolności, zaś my im wtórowaliśmy, w narzekaniu na brak tej wolności i obawy przed policją obyczajową. Na jednym z tłumnych placów natknęliśmy się na naszego serdecznego kolegę z Warszawy, który samotnie przemierzał Iran w tym czasie.

W ten sposób, metodą kuli śniegowej trafiliśmy na niezwykle ciekawą imprezę urodzinową. Zostaliśmy zaproszeni na kolację do przemiłej, ciepłej i inteligentnej perskiej rodziny. Przy okazji urodzin tegoż młodego człowieka poznaliśmy zwyczaje jakimi żyje perska rodzina, jakie są jej marzenia, problemy i pasje.

Wspomniana rodzina żyje na bardzo ciekawym osiedlu mieszkaniowym o nazwie Ekbatan, którego historia oraz architektura jest niezwykle interesująca.

Siostra solenizanta, zrobiła nam wielogodzinny przekrój przez atrakcje historyczne i sportowe w Iranie. Dowiedzieliśmy się, że Iran posiada świetną infrastrukturę narciarską, która przyciąga wielu gości z zagranicy. Saghar na co dzień pracuje jako instruktorka narciarstwa, dlatego też świetnie mówi po angielsku, ale też po arabsku i turecku. Opowiedziała nam bardzo przejmującą historię emigracji jej rodziny z zachodniego Iranu, regionu ogarniętego działaniami wojennymi podczas wojny irańsko-irackiej. Z powodu niebezpieczeństwa w prowincji graniczącej z Irakiem, jej rodzina zmuszona była wyjechać w latach 90-tych do stolicy kraju. Podobno i to miasto było sporadycznie bombardowane irackimi bombami.

Teheran 1

W głąb kraju, a na początek pielgrzymkowa stolica szyitów – Mashhad

Po poznaniu jakże niezwykłej, wielkiej i frapującej stolicy przyszedł czas na ruszenie w głąb kraju. Przyszło nam liznąć czegoś, co nazwaliśmy „podróżniczym imposyblizmem.”

Uświadomiliśmy sobie, że spotkana na Kaukazie wszechobecna „niemożność w działaniu” w Iranie dosięga granic kosmosu. Jeśli w Gruzji czy Armenii podróżnik spotkał się ze strony autochtonów z całkowitym „imposybilizmem” jakichkolwiek działań, w Iranie czekało go coś jeszcze straszniejszego. Podczas gdy np. w Gruzji pytając o drogę do jakiejś miejscowości górskiej, czy mniej popularnego miejsca, nie daj boże nieturystycznego, spotkać się można było z zapewnieniami, że tam nikt nie jeździ, nie da się tam dojechać, „a Tobie europejcu to na pewno to się nie uda, bo my tego nie robimy”, to w Iranie wszyscy chętni pomocnicy wręcz siłą chcieli nas powstrzymać od wszelkich naszych planów, pomysłów czy przedsięwzięć podróżniczych.

Postanowiliśmy podjąć podróż w kierunku wschodnim do miasta pielgrzymek Mashhad, tuż przy granicy z Afganistanem. Zanim tam zajechaliśmy, doświadczyliśmy kilku przygód opisanych tutaj. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy że w dniu naszego przyjazdu – 2 stycznia odbywa się tam coroczne szyitów święto – pielgrzymka do meczetu imama Rezy (iście gigantyczna budowla a wokół niej przeogromne, przepastne place). W związku z świętem religijnym, oraz obchodami śmierci Imama Rezy, jednego z proroków w Islamie, do miasta od kilku dni przybywać zaczęli pielgrzymi, nie tylko z całego Iranu ale też z sąsiednich krajów Azji Centralnej – Turkmenistanu, Afganistanu, oraz krajów Bliskiego Wschodu. W efekcie, przejście przez szerokie bulwary i prospekt prowadzący do Imam Reza Shrine było bardzo trudne. Pomni szacunku do religii w tym rejonie świata wzięliśmy udział w procesji religijnej.

Podczas spaceru byliśmy świadkami bardzo ciekawych pochodów, procesji, przejść różnych odłamów religijnych, sekt oraz wyznań. Oddając cześć wielkiemu prorokowi miastem przechadzały się grupy mężczyzn ubrane na czarno biczując się specjalnymi przyrządami, w rytm bębnów. Inni wyznawcy biczowali się własnymi rękami po twarzy, w rytm psychodelicznej muzyki. Ogromny tłum żałobny sunął wielkimi ulicami w rytm bardzo głośnej, psychodelicznej muzyki oraz pojękiwań imamów. A do tego dookoła na ulokowanych po bokach straganach można było kupić lody, zjeść darmową zupkę oraz napić się gorącej herbaty!

Pokręciliśmy się cały dzień po mieście uniesień religijnych i ruszyliśmy na noc dalej w drogę na południe przez pustynię. Tam spotkały nas kolejne zabawne historie związane z podróżowaniem po tym kraju, poznawaniem przypadkowych osób które nam oferowały pomoc, którą my często akceptowaliśmy. W wyniku dużej dawki stresu, zamieszania, ale też przypadku udało nam się wydostać z uduchowionego Mashhadu w kierunku południowym. Trafiliśmy na noc do miejscowości o nazwie Koszmar.

mashhad

Antychryst czyli rzecz o religijności młodzieży

Po przygodach nocy minionej na śniadanie wylądowaliśmy u Abiego, prawdopodobnie najbardziej rozgarniętego Persa w okolicy. Następnie zawitaliśmy do mieszkania kolejnej osoby, które wreszcie stało się godne według standardów naszego gospodarza zaserwowania nam śniadania i się rozgościliśmy. W kącie spało dwóch chłopaków, Ali wskazując na nich stwierdził: „he is an addict!” Cóż to może znaczyć, zachodziliśmy w głowę, „cocaine, cocaine”, po chwili dodał tajemniczym tonem wybałuszając oczy… No tak, kokaina z Afganistanu, łatwa w zdobyciu i tania. Pokazując śpiące zwłoki Ali zakomunikował nam, że jutro Ci dwaj, dziś niedyspozycyjni będą jechali do Kermanu, możecie się z nimi zabrać… Pomyśleliśmy że raczej podziękujemy, wyobrażając sobie to więzienie, w którym byśmy wylądowali za jakiś szwindel przemytniczy. Ali kontynuował dyskurs: powiem wam chłopaki że „my wife is sadly”, – sadly? chyba sad?!, no może i tak, mówi Ali, „my wife is sadly” powtórzył, pytamy się dlaczego, na co Ali odpowiada – „bo palę fajki”, – „ale ona nic nie wie”, dodał, byśmy się nie wygadali… No okej, nie puścimy pary z ust, tym bardziej że nie możemy z nią rozmawiać, rzuciliśmy! Ali następnie spytał się nas o wyznanie, – „ee yy, no my tam nie za bardzo, ale w Polsce to ludzie religijni są, prawie sami katolicy tam mieszkają” odpowiedzieliśmy dyplomatycznie. Aha, stwierdził ukontentowany Ali. „Bo wiecie, co? Powiem wam coś” ( i tu przybrał ponurą, tajemniczą minę i ściszył głos) mówiąc: „I am an Antichrist”!

Ten moment, jego wyraz twarzy, sposób w jaki to powiedział, nie wiedzieliśmy czy pęknąć ze śmiechu czy raczej wziąć go na poważnie. Od teraz, każdy ateista dla nas będzie Antychrystem. Potem nam wytłumaczył, że po prostu nie jest praktykującym muzułmaninem, ale też prosił, byśmy znów nie wygadali się żonie i jej rodzicom… Dowiedzieliśmy się też później że Iran nie jest krajem dla młodych ludzi, ponieważ nie ma w nim wolności dla młodego mężczyzny… Cokolwiek to miało znaczyć, już dawno to sami stwierdziliśmy i w bólu Aliemu współczuliśmy.

kumple

Autostop, oaza i pociągi

Po bardzo dynamicznym dniu łapania autostopa, wizycie na posterunku policji w środku pustyni celem rejestracji naszej podróży, przejażdżce z tajemniczymi elegantami przez pustynne pustkowia dotarliśmy do celu obranego na ten dzień. Do oazy Amizghan.

Trafić do niej można jadąc z miejscowości Tabas w środkowo-północnym Iranie, 30 km na północny wschód. Przy oazie ulokowała się mała, pustynna wioska o nazwie Amizghan. Zrobiliśmy mały rekonesans po oazie, pozachwycaliśmy się widokami i pięknymi górami dookoła, nagraliśmy kilka filmów i postanowiliśmy kontynuować podróż. Ruch z wioski do głównej drogi był niewielki, ale udało się nam złapać pick-up’a!

Zgodnie stwierdziliśmy, że wreszcie przeżyliśmy dzień, w Iranie o jakim marzyliśmy – zobaczyliśmy piękne krajobrazy iście z Marsa – pustynie, oazy, pustynne wioski oraz przepastne doliny. Było na dodatek bardziej wesoło niż stresowo. Po dojechaniu do Tabas przepakowaliśmy plecaki, czyszcząc je z różnego zbędnego badziewia i około godziny 21 odjechaliśmy nocnym pociągiem w kierunku południowym, rozkoszując się łóżeczkiem w schludnym przedziale.

oaza

Udany dzień w Kermanie

Dzień zaczął się jak kilka poprzednich i jak miało zacząć się kilka następnych dni – dojazdem o poranku pociągiem do centrum i próbą ogarnięcia kolejnego irańskiego molocha – tym razem Kermanu. Aglomeracja ta należy do jednych z najrozleglejszych i największych w Iranie, zaś zamieszkuje je blisko 1 mln ludzi. Jest to miasto o bardzo dużym dziedzictwie kulturowym, które wyraża się w sztuce, poezji, lokalnej muzyce oraz zwyczajach, które miasto wprowadziło do światowej kultury. Znane jest z wielu „ogniowych świątyń Zoroastry”, było też kiedyś stolicą Iranu. W jego pobliżu znajduje się druga największa w świecie kopalnia miedzi, zaś cała prowincja jest największym producentem pistacji na świecie.

Rozpoczęliśmy przechadzkę po placu Ganjali Khan. Zwiedziliśmy wielki bazar, Mateusz potargował się o skarpetki, Czarek kupił upragniony film znanego na całym świecie irańskiego reżysera Asghara Farhadiego – „Przeszłość” za jedyne 3 zł na dvd. Zwiedziliśmy też szkołę koraniczną Ganjali Khan school, po czym udaliśmy się do parku ulokowanego na rondzie, na deser składający się z lokalnych ciasteczek oraz lokalnej coli – zamzam. Dzień był słoneczny, więc wybraliśmy się na górę, ulokowaną na wschodzie, u podnóża której znajdował się przyjemny park z fontannami, a zaś na jej szczycie pozostałości fortecy. Pobawiliśmy się z dzieciakami w chowanego, poganialiśmy się za piłką i rozdaliśmy resztę ciasteczek uroczemu rodzeństwu. Aura dopisywała, więc spędziliśmy na szczycie góry ponad godzinę, obserwując dalekie pustynne góry i szukając horyzontu. Iran da się lubić, szczególnie, gdy pozwala zachwycić się jego krajobrazem. Po zmroku połaziliśmy jeszcze po mieście, odkrywając ciekawe centra handlowe, pełne młodzieży, kina oraz skwery dla spacerowiczów. Pierwsze wrażenie ze spaceru po mieście było negatywne, jednak pod wieczór zaczęliśmy już je nawet lubić. Kerman pełny jest młodych ludzi, uniwersytetów, ciekawych muzeów oraz dobrych restauracji. Szkoda tylko, że wszędzie trzeba tak daleko chodzić.

Ah te przygody z autobusami nocnymi! Trzeba było się uczyć farsi.

kerman

Część kolejna już wkrótce!

Jedna uwaga do wpisu “Na perskim dywanie – reportaż z Iranu – część pierwsza

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s