Gdy trekking zamienia się w alpinizm #adrenalina

Nadchodzi taki moment gdy trekking trawiastymi zboczami stromych gór zamienia się w wspinaczkę po łańcuchach. Beztroskie wędrowanie z kijkami lekko pod górę w słoneczku drastycznie się kończy. A nikt tego nie zapowiadał zaznaczając na mapie! Zaciemniona strona wielkiej skalistej góry opóźniała topnienie śniegu. Szlak prowadził ostro pod górę, przez rozkruszoną skałę, gdzieniegdzie przecinając białe, zasypane śniegiem obszary. Śnieg coraz wyżej zamieniał się w zlodowaciałą substancję, którą ciężko było przebić butem bez raków.

Na szczęście łańcuchy pozwalały pociągnąć się ku górze.

Bez patrzenia w dół.

Wysokości stawały coraz poważniejsze – 2300, 2500, 2700 metrów nad poziomem morza.

To nie jest miejsce dla ludzi z akrofobią, pomyślałem po raz pierwszy.

Wspiąłem się na pierwszą grań i stwierdziłem – no nieźle, zaczyna się.

Odwrotu nie było.

Tego dnia miałem pokonać jeszcze cztery strome podejścia i zejścia po prawie pionowych skałach, gdzie zardzewiałe łańcuchy wyznaczały szlak.

Czemu nikt tego nie zaznaczył na mapie?!

Nie było czasu na biadolenie.

Adrenalina ostro uderzyła mi do głowy. W takich momentach zapomina się o bólu i wszelkich codziennych problemach.

Organizm zachowywał siły, by przetrwać.

Czytaj nie spaść.

Czułem duży strach, ale większą determinacje, by nie zastanawiać się zbyt długo i działać. Iść dalej (iść w górę?) czyli wspinać się: lewa ręka w górę, prawa noga zaczepia skałę. Prawa ręka ciągnie ciało po łańcuchu do góry, lewa noga stawia krok ku kolejnej przestrzeni między skałami. Nie ma miejsca na świrowanie ani na błąd. Dobrze że obok silnych mięśni ud, dzięki graniu w tenisa mam silne ramiona. Często to one robiły całą robotę, a nogi podciągałem w górę jak sparaliżowany od pasa w dół. 16kg plecak nie ułatwiał pracy. Taka doza adrenaliny sprawia, że umysł doskonale współpracuje z ciałem które wykonuje polecenia bez zastanowienia.

Nie patrz w dół, najlepsza rada.

Ale nie można tak przez kilka godzin!

Co za stres… co za przygoda!

Wielka przestrzeń, granie wysokich gór, cały czas widząc chmury pod sobą.

Uczucie dające niezłego kopa, ale też przerażenie.

Na szczęście pogoda dopisywała, a słońce w północnych Włoszech pracowało na swoją renomę.

Na przełomie października i listopada urządziłem sobie sześciodniowy trekking przez włoskie Alpy – Alpi Orobie di Bergamasche. Pogoda mi naprawdę dopisała – zdjęcia oraz mój strój – krótki rękawek to potwierdzają. Większość trasy którą przeszedłem odbyła się w przepięknym krajobrazie alpejskim idąc zboczem wielkich dolin z płynącymi u dołu strumieniami, wysokimi wodospadami oraz ostrymi przełęczami. Z każdej strony mając na horyzoncie wysokie, ośnieżone niebezpieczne ostre szczyty dwu i trzy-tysięczników. Moja trasa wiodła przez 6 morderczych zejść i wspinaczek na łańcuchach, oraz jedną przepiękna aczkolwiek niebezpieczną via ferrate. Dwa noclegi spędziłem w namiocie, zaś trzy w zamkniętych na zimę schroniskach górskich w wydzielonym pokoju zimowym tzw. „locale invernale”.  W ciągu sześciu dni pokonałem 90 km bez większych trudności w identyfikacji szlaku, spotykając na swojej drodze mniej niż 15 innych piechurów.

Nocami paliłem ogniska, liczyłem gwiazdy na jasnym nocnym nieboskłonie i  czytałem książkę. Myślałem o nowych wyzwaniach zawodowych i podróżniczych, o nowych ludziach którymi się otaczam. Wędrowałem sam, a moja twarz ogrzewała się w 22 stopniach włoskiego słońca każdego dnia. Cieszyłem się z faktu, że moje nowe hobby daje mi tyle wyzwań i radości.

Niekończące się piękno samotnych wędrówek górskich.

Informacje praktyczne:

Tanie loty do Bergamo kursują z wielu miejsc w Europie, mi się udało dostać tam za 30 € z Brukseli, gdzie teraz mieszkam (plus jakieś 30 € za dojazdy blablacarem i autobusami). Bagaż podręczny bez problemu zmieścił 12 kg plecak z namiotem. Metalowe śledzie zabronione w bagażu podręcznym zamieniłem na drewniane patyczki, którymi Azjaci jedzą swoje posiłki. Jedzenie na całą podróż zakupiłem w Carrefourze w Bergamo, co było rozwiązaniem nie tylko praktyczniejszym, ale i tańszym niż zakupy w Belgii. Z lotniska w Bergamo do Valcanale – wioski gdzie zacząłem trekking dostałem się dwoma autobusami, tramwajem i dwoma autostopami.

Schronisk na trasie jest bardzo dużo, ale już w listopadzie większość z nich jest  zamknięta. Pomimo tego każde z nich posiada specjalne pomieszczenie zimowe zwane „locale invernale”. Są tam koce i łóżka hostelowe, brak światła i ogrzewania.  Wody z źródeł górskich na trasie jest pod dostatkiem. Drewna do ogniska – nieszczególnie, chociaż w okolicy schronisk można je znaleźć.

Posługiwałem się mapą niemieckiego wydawnictw Kompass którą kupiłem na brytyjskim amazonie za 8€ z przesyłką oraz wskazówkami od kolegi Tomka, autora bloga nun te ferma, który podobną trasę przebył w lipcu 2016 roku. Przy okazji przetestowałem nowy plecak Quechua forclaz 70l, który okazał się nie tylko bardzo pojemny ale i praktyczny.

 Trasa:

dzień pierwszy: wioska Valcanale – schronisko Alpe Corte – Laghi di Gemelii – rigufio Laghi di Gemelli

dzień drugi – Lago Colombo – przełęcz Aviasco – Monte Madonnino – rifugio Fratelli Calvi

dzień trzeci – przełęcz  Passo di Valsecca – rifugio Baroni Brunone

dzień czwarty– Colletto di Simai – rifugio Coca – rifugio Curo

dzień piąty – lago di Brabellino – rifugio Brabellino – Paso di Pilla – Passo di Venano – rifugio Tagliaferri

dzień szósty- passo di Belvisio – Passo Bondione – Lizzola

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s