Trzy czarownice

Maroko

Sto dni przed moimi narodzinami – 15 czerwca 1987 roku Komisja Europejska, organ wykonawczy Unii Europejskiej, uruchomił ogólnoeuropejski program wymiany studentów. Program ten nazwany został na cześć jednego z czołowych humanistów europejskiego Renesansu – Erazma z Rotterdamu. Przez kilkanaście lat idea ta spopularyzowała się w całej Europie i dotarła także do Polski, która dołączyła do UE w 2004 roku. Ja w międzyczasie urosłem i dorosłem, zdałem maturę, poszedłem na studia i idąc za ciosem, na czwartym roku studiów magisterskich wyjechałem na roczne stypendium w ramach programu Erasmus do Granady, Hiszpanii. Decyzja ta otworzyła przede mną morze możliwości, nie tylko naukowych, kulturalnych i towarzyskich, ale także podróżniczych. Mając bazę wypadową w Andaluzji przez jedenaście miesięcy, pomiędzy intensywnymi studiami zwiedziłem cały Półwysep Iberyjski, okoliczne wyspy oraz maleńki kawałek Afryki – Maroko. Ósmego marca 2010 roku, w towarzystwie trzech uroczych polskich czarownic, postawiłem pierwszy raz swoją polską stopę na afrykańskiej ziemi, w królewskim mieście – Marrakeszu.

Szalony pomysł stwierdziłem, jechać z trzema polskimi trzpiotami do arabskiego kraju. Ale skoro polskie laski buzują energią, otwartym umysłem i chęcią podbijania świata częściej niż niejeden młody, prawilny polski chłopaczyna, chętnie wejdę w nową przygodę, wytłumaczyłem sobie. Nie lubię nikogo prosić by wyjechał ze mną w szaloną podróż, a często laski mają więcej jaj niż chłopaki. Tanie bileciki od ryanaira, autobus z Granady do Sewilli, dwugodzinny lot do Marakeszu i et voila, oto Maroko – brama do Afryki. Trzydziesto trzy milionowe państwo, monarchia konstytucyjna to jednocześnie 57 gospodarka świata (wg siły nabywczej PKB) oparta w dużej mierze na rolnictwie, wydobyciu złóż mineralnych oraz turystyce. Dokładnie, Maroko to turystyczny raj. Trzy wielkie pasma górskie: Rif na północy, Atlas Średni, Atlas Wysoki (z najwyższym szczytem Afryki) i Antyatlas w centrum. Klimat podzwrotnikowy, pustynia Sahara, wybrzeże Oceanu Atlantyckiego z plażami dla surferów, wielokulturowe królewskie miasta zamknięte w średniowiecznych murach i dysproporcje rozwojowe – oto Maghreb. Po arabsku Al-Mamlaka al-Maghribijja. Dzisiaj niepodległe islamskie państwo, które w XIX i XX wieku było areną kolonialnej rywalizacji między Francją, Hiszpanią, Niemcami oraz Wielką Brytanią.

Pierwszy kontakt z Afryką i Marokiem to poważny gwałt na strefie komfortu młodych i rozpieszczonych Europejczyków jakimi wtedy byliśmy. Upał, wszechobecny syf i bałagan, duszne powietrze, lokalsi starający się na nas zarobić w każdy możliwy sposób, zaczepki młodzieńców i końskie zaloty na każdym kroku, zawistne spojrzenia kobiet na odsłonięte nogi i ramiona moich dziewczyn – cały ten harmider sprawia, że po pierwszych piętnastu minutach chce się wrócić do spokojnej i przewidywalnej Europy. Pierwsza konfrontacja z arabską kulturą w skali masowej, kobiety z zakrytymi głowami, wszechobecne meczety, pustynny krajobraz i duszne powietrze. Dopiero po jakimś czasie akceptujemy panujące na miejscu warunki, a wróciwszy już do europejskiej Hiszpanii stwierdzamy, że w tym afrykańskim szaleństwie jest metoda i tęsknimy do kolorowego Maroka.

Pierwszego dnia spacerujemy po dawnej stolicy kraju, centrum handlowego imperium dynastii Saadytów. Na placu Dżamaa al-Fina wpisanym na listę światowego dziedzictwa przez UNESCO uczymy się zasad lokalnego handlu, gdzie odmowa targowania się jest największym dyshonorem. Dziewczyny ku mej irytacji kupują zbędne badziewia, a ja staram się odróżnić kolory jakimi mienią się przyprawy wysypane na jednym z tysiąca straganów. Mijamy arabskie wróżki, kobiety robiące tatuaże z henny, zaklinacze wężów, wyciskaczy soków owocowych, sprzedawców przeróżnych eliksirów, lukrowanych słodyczy i miliona innych towarów. Gubimy się w wąskich uliczkach medyny zaglądając do ubogich domostw wielodzietnych rodzin. Podziwiamy największy w mieście –  zbudowany w XII wieku przez Almohadów meczet Kutubijja. Odwiedzając ogrody Agdal zrywamy pomarańcze i odpoczywamy w cieniu. Zwiedzamy szkołę koraniczną czyli medresę Alego Abn Jusufa z przepięknymi ornamentami z gipsu na dziedzińcu. Pod wieczór zajadamy się marokańskim daniem tażin i odpoczywamy w jednym z tanich hosteli.

Muezzin z pobliskiego minaretu wyjąc przez głośnik nawołuje do modlitwy, ja wybudzam się, ciesząc się, że pierwszy dzień w tym szalonym kraju mam za sobą. Spaliśmy w pokoju na dachu budynku w pobliżu placu centralnego, skąd rozpościera się widok na całe miasto. Widać z niego piaskowo-żółte, płaskie dachy domów, a pomiędzy nimi wieże minaretów. Taki obraz w mojej głowie kojarzy mi się z porankami w Bagdadzie, na szczęście brakuje odgłosów wybuchów podczas jednej z wojen w Zatoce Perskiej. To właśnie w Maroku kręci się wiele amerykańskich filmów o wojnie na Bliskim Wschodzie, Marrakesz często gra jakieś irackie lub syryjskie miasto, a okoliczne krajobrazy sprzyjają kręceniu scen bitew. Filmowano tu m.in. Gladiatora, Aleksandra Wielkiego, Klejnot Nilu, Pod osłoną nieba, Królestwo niebieskie, Helikopter w ogniu. W Warzazat, niewielkim mieście położonym w połowie drogi na pustynię, znajduje się studio filmowe, muzeum kinematografii oraz berberyjski zamek – Kasbah które zwiedzamy. Jadąc przez fantastyczne doliny rzek okresowych, skaliste pustkowia i biedne wioski z lichymi domami docieramy pod wieczór do Zagory. To niewielka miejscowość, w której po krótkim rozeznaniu znajdujemy dwóch młodych Berberów. Młodzieńcy ci zabierają nas nocą na pustynie.

Korzystając z popularnej w całym Maghrebie usługi turystycznej spędzamy noc pod bardzo grubymi kocami w tradycyjnym berberyjskim namiocie zwanym hemą, pijemy caj i jemy kuskus z mięsem na kolację. Podczas spaceru po zmroku przekonuje się na własnej skórze, jak zimne są noce na pustyni, ale też pozwala to obejrzeć czyste niebo pełne gwiazd. Nocą chodzimy po wydmach i obserwujemy piękną drogę mleczną i spadające gwiazdy.

Kocham życie, niektóre marzenia spełniają się tak szybko, a na inne trzeba czekać latami. Mój dom jest 5 tys. km stąd, wyrosłem na polach i w lasach środkowoeuropejskich równin, a teraz jestem w Afryce, na Saharze, turlam się po wydmach i patrzę w gwiaździste niebo.

Już o szóstej rano opuszczamy przytulny namiot i zrzucamy ciężkie, pledowe, sztywne kołdry o grubości 15 centymetrów, by podziwiać wschód słońca na pustyni. Nasi młodzi przewodnicy, lekko nachalni co do wdzięków młodych Europejek organizują dla nas obiecaną przejażdżkę wielbłądem. Zwierzęta poruszają się ospale i łatwo się nimi kieruje. Cały poranek spędzamy na wygłupach na wydmach, robimy zdjęcia i podziwiamy marsowe krajobrazy. Popołudnie mija nam w swoim towarzystwie w aucie, jadąc bezkresnymi pustkowiami, przez opuszczone, skalne regiony które powoli z pustyni przechodzą w Wysoki Atlas.

Na jednym z postojów sprzedawca ceramiki wyzywa mnie od żulów. Krzyczy do mnie „żulu”, „żulu” i wskazuje na swoje wyroby. Kilka godzin później zrozumiem, iż człowiek ów z francuskim akcentem krzyczał proste zdanie: „just look”, „just look” i chciał, bym pooglądał jego naczynka. Pod wieczór, po pokonaniu kilkunastu morderczych przełęczy i serpentyn dojeżdżamy na wysokość 2 tysięcy metrów n.p.m. gdzie w berberyjskiej wiosce spędzamy noc.

Gospodarz i Diana rozmawiając po francusku uzgadniają warunki wynajmu dwóch pokoi, a ja oglądam arabską tv. Diana napociła się ustalając wszystkie szczegóły, trzy razy powtarzając co ustalono. Ja nie słucham i nie uczestniczę w tej rozmowie, ufam swojej dziewczynie, chociaż jestem obok, nie znałem francuskiego, ale gospodarz patrzy się na mnie cały czas. Patrzy i pyta okey? Okey? D’accord? ça marche? To był przykład różnicy kulturowej – w krajach arabskich kobieta nie ma mocy decyzyjnej. Chociaż jedyna z nas mogła komunikować się z autochtonami po francusku, w tej sytuacji gospodarz nie widział w niej osoby, która mogłaby podjąć decyzję. Jeśli w pobliżu był mężczyzna, do niego należało ostatnie słowo…

Omijając od zachodniej strony najwyższy szczyt Afryki – Jebel Toubkal (4167 m n.p.m), z kilkoma przystankami na spacer po górach, dnia następnego oddajemy auto w Marrakeszu. Uczynny i sympatyczny właściciel wypożyczalni aut pomaga nam wykupić na tłocznym dworcu autobusowym bilet do As-Sawiry. Essauira (As-Sawira) to nadmorska, portowa miejscowość, w której nie trudno o hipsterską knajpkę z dobrą muzyką. Miasto jest określane jako marokański Przystanek Woodstock, w związku z odbywającym się tam co roku festiwalu muzyki Gnawa. Essauira zachwyca potężnymi murami obronnymi i interesującym układem uliczek w starożytnej medynie, która także widnieje na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Prawie cały czwarty dzień pobytu w Maroku spędzamy w autokarze przemieszczając się z As-Sawiry przez Casablancę, którą omijamy, do stolicy kraju, Rabatu. Osiem godzin w autobusie daje nam w kość. Diana uczy mnie pierwszych zwrotów w języku francuskim, które mają ułatwić mi życie w tej byłej francuskiej kolonii. Uczę się na pamięć liczyć od 0 do 100 oraz kluczowych zwrotów: nous sommes quatre (jest nas czwórka – co ma zwiększyć naszą siłę targowania), combien ça coûte? (ile to kosztuje?), non, merci (spieprzaj dziadu) oraz je ne comprendre pas (i tak nic od ciebie nie kupie). Kilkunastominutowy postój w Casablance przeznaczamy na rozejrzenie się po tym wielkim mieście, w którym obok biurowców nie różniących się niczym od warszawskiego Mordoru, jak domki z kart mienią się slumsy.

Po zmroku odnajdujemy kolejny obskurny hostel o niskim standardzie, w którym obowiązuje segregacja płciowa. Oznaczało to, że spałem sam, z dala od protekcyjnej mocy moich trzech czarownic. Pod osłoną nocy powierzchownie zwiedzamy kilka głównych atrakcji turystycznych w moim odczuciu bezdusznego miasta.  W czasach antycznych Rabat był kolonią rzymską oraz jedną ze stolic piractwa na Atlantyku. Moim zdaniem, miasto to nie wyróżnia się w skali kraju szczególnymi zabytkami. Jak w innych miastach Maroka, są w nim medresy, minarety, cytadela i mury z bramami oraz mauzoleum byłego króla Muhamada V. Rabat to przede wszystkim administracyjne i gospodarcze centrum kraju z licznymi instytutami naukowymi i muzeami. Wartą uwagi jest nadmorska część starego miasta, z biało-niebieskimi domkami oraz mrocznym, tajemniczym cmentarzem, na który trafiamy pod kuratelą zapoznanego młodzieńca. Rabat prawdopodobnie oferuje wiele innych atrakcji, (chociaż żadnych zniżek) ale my z uwagi na ograniczenia czasowe rezygnujemy z pozostania w stolicy i ostatni dzień pobytu w kraju spędzamy gubiąc się i znajdując w medynach Meknes i Fezu.

Meknes, chociaż prowincjonalny, zachwyca urokliwą starówką, nie bez powodu nazywany jest małym Wersalem. Wpisana na listę UNESCO urzekająca medyna łączy tradycje arabskiej ornamentyki z francuską harmonią. Fez z kolei to ostatnie miasto na naszym szlaku królewskich stolic Maroka. Rozwinęło się ono w skutek korzystnego położenia na przecięciu szlaków handlowych. W mieście powstał najstarszy uniwersytet w świecie islamskim Qairawiyin. Dzisiaj to wciąż pełne życia, dynamiczne miasto, które buzuję za dnia, jak i po zmroku. Układ jego ciasnych uliczek średniowiecznej medyny sprawia, że można w nim zgubić się na kilka dobrych godzin. Dziś, z perspektywy czasu stwierdzam, że za mało czasu poświęciliśmy Fezowi, jednakże często w podróży jest tak, że po kilku dniach, kolejne miejsce w danym kraju wydaje się już nie różnić niczym nowym od tych poprzednich.

Podróż do Maroka to zadanie dla cierpliwych i wytrwałych. To kraj o kosmicznych krajobrazach, będący idealnym wprowadzeniem do odkrywania Afryki. Maroko chociaż biedne i arabskie, jest wbrew pozorom całkiem nowoczesnym, młodym, europeizującym się krajem. Maroko kojarzy nam się przede wszystkich z wychodzeniem poza swoją strefę komfortu, jak dobitnie stwierdziła Agnieszka. Spacerując po miastach tego państwa co chwile ktoś się do nas przyłączał, zaczepiał, i nigdy nie wiedzieliśmy czy chce nam pomóc, oszukać, poznać nas, lub zrobić nam krzywdę. Mieliśmy po 22 lata i jedyny kod kulturowy którym operowaliśmy płynnie to polski i europejski. Maroko postawiło przed nami nowe wyzwania, nauczyło pokory, wyrozumiałości. Wizyta w tym afrykańskim kraju uczy cierpliwości do innej niż nasza powierzchowności, innej kultury osobistej oraz kultury relacji międzyludzkich. W trakcie tej wycieczki zdarzyło nam się przeżyć chwilę grozy, uciekając po zmroku od podejrzanych typów, odganiać nachalnych zalotników, zbywać natrętnych sprzedawców, przyjmować zaproszenia do domu czy na herbatę, agresywnie targować się, po czym z uśmiechem zbijać piątkę przy ubitym targu. Wypad do arabskiego kraju z trzema ślicznymi polskimi panienkami na początki wydawać się może pomylonym pomysłem. Jednakże opisane doświadczenie pokazało, że urok trzech polskich wiedźm wyszedł mi na dobre. Podróżowanie po krajach rozwijających się uczy wdzięczności. Uczy doceniać, to w jak bogatym, bezpiecznym i ciekawym kraju żyjemy. Pozwala odnaleźć swoją tożsamość, w konfrontacji z tym INNYM, odnaleźć w sobie, to, co nas odróżnia od INNEGO, nie tylko w wyglądzie fizycznym, ale także w mentalności i kulturze. Uczy tolerancji, dystansu do siebie, ale także gościnności, ostrożności i uprzejmości.

Człowiek, który przestaje się dziwić jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze – uroda życia. 

Ryszard Kapuściński – Podróże z Herodotem.

Zdjęcia robione aparatem Eli, obróbka moja.

 

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Trzy czarownice

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s